Plastycy w plenerze.

Jeszcze nie tak dawno trzeba było namawiać do wzięcia udziału w plenerze, teraz - coraz liczniej - plastycy sami dopytują się o zaproszenia. Jeżdżą na plenery dwudziesto-, trzydziestoosobowe i na tak zwane mini-plenery, po dwóch - trzech penetrując małe miasteczka i wsie. Co ich pociąga w tej, niejako zorganizowanej formie twórczości? Dlaczego własne mieszkania i pracownie zamieniają na internaty czy prowizorycznie urządzone hoteliki, w których nieraz zapominać trzeba o komforcie i wygodach bytowania. Spytaliśmy o to plastyków przebywających na III Ogólnopolskim Plenerze Malarskim w Janowie Podlaskim. - Co nas pociąga? Możliwość zetknięcia się z nowym środowiskiem, nową okolicą -zieleń, chmury, niebo, woda są niby takie same, a jednak inne od spotykanych w miejscu zamieszkania. Tu nawet osty są trzy razy większe, a nad stawem spotkać można całe stada bocianów. - O nic nie trzeba się martwić, mamy zakwaterowanie, wyżywienie... A nowe dla nas otoczenie inspiruje, zachęca do pracy. Chyba tylko na plenerach spotkać można tak dużą różnorodność „tematów do wzięcia", bo i pejzaż ciekawy i zwierzęta, głównie konie nas fascynują. Ciekawe są też spotkania z kolegami plastykami, dyskusje, przekazywane ,,na gorąco", w trakcie pracy, uwagi o obrazach, liczą się nowe kontakty, przyjaźnie... - Mam ciasne mieszkanie jeden dość duży pokój, kuchnia i taki pokoiczek, mający zaledwie pięć metrów kwadratowych, który żona pozwoliła mi zająć na pracownię malarską. Jak robię grafikę - to mi nawet wystarcza, ale jak malować w czymś takim? A tutaj -patrzę na obraz z odległości 7-10 metrów, mam się gdzie rozłożyć, mam wreszcie gdzie popracować i czym oddychać. Bałam się tego skomasowania, zgrupowania ludzi, nie wyobrażałam sobie pracy w takich warunkach. A tu jest idealnie - jesteśmy razem, ale każdy sam sobie chodzi, nikt nikomu nie przeszkadza. Dla niej, na co dzień przebywającej blisko gór, zakola rzeki są wprost urzekające. - Po tych płaskich, dalekich przestrzeniach oko wędruje i wędruje, zda się bez końca... W pokoju popołudniami, wieczorami gromadzą się uczestnicy pleneru. On ma zwykle otwarte drzwi. Na stolikach, na sztalugach porozstawiane obrazy, już namalowane, dopiero zaczęte. Patrzą, oglądają, dyskutują o sztuce i o życiu. W innym pokoju oparty o ścianę arkusz brystolu, zarysowany czarnym węglem. To pozostałość po wykładzie „Sylwetka jeźdźca i konia na przestrzeni dziejów". Spotkać ich można w miastach, miasteczkach, wsiach, zakładach przemysłowych i gospodarstwach rolnych. Chodzą, patrzą, rozmawiają z przygodnie napotkanymi ludźmi, dopytują o rodowody domów, regionalne tradycje. Gdzieś na uboczu, albo też na rynku, czy w środku tłumnego jarmarku, rozstawiają sztalugi, wyciągają szkicowniki i malują bądź rysują to, co ich najbardziej zafrapowało, co im się najbardziej podobało. Źródłem twórczych inspiracji plastycznych bywa najczęściej architektura i pejzaż, rzadziej - ludzie. Widać to wyraźnie na wystawach poplenerowych. Plenery - malarskie, rzeźbiarskie, o dowolnej albo z góry określonej tematyce... Jest ich z każdym rokiem więcej. Do tradycyjnych i mających ustaloną rangę międzynarodową. Doszło wiele innych, urządzanych w miejscowościach -wydawać by się mogło - mało atrakcyjnych. Wszędzie artyści plastycy znajdują coś, co warto utrwalić na płótnie, nad czym pracują jeszcze długo w ciszy własnych pracowni, do czego - nierzadko - powracają. Profesor, rodowity plastyk, zakochany w koniach, znany mieszkańcom okolicznych wsi z okresu partyzantki, też jest na plenerze. Był też wykład o przodkach koni domowych - komisarza pleneru, niezwykłego znawcy różnych gatunków zwierząt. Przebywający tutaj Polacy (spędzający część wakacji w starej ojczyźnie) również włączyli się w nurt plenerowego życia. Kent przywiózł masę slajdów i nagrany na taśmę swój wykład o problemach technicznych malowania akwareli. Lekarz, który przyjechał ze swą żoną -malarką, Anną występuje w roli tłumacza. Te wspólne wieczorne spotkania dostarczają wszystkim wielu wrażeń i podsuwają sprawy warte przemyślenia. Uczestnicy pleneru mieli wolny wstęp do stadniny, mogli nie tylko malować swych ulubieńców, ale i jeździć konno. Chwalono więc Wydział Kultury i dyrekcję Stadniny Koni w za serdeczność, życzliwość, dobre warunki do twórczej pracy. Po wyjeździe plastyków mieszkańcy niejednej miejscowości inaczej patrzą na krajobraz, stare domy. zabytki, wśród których żyją na co dzień i tak się z nimi oswoili, że nie dostrzegają w nich już nic ciekawego. Rodzi się też pośrednio zainteresowanie sztuką plastyczną. Raz pójdzie się na wystawę po-plenerową, żeby zobaczyć co plastycy namalowali, a kiedy indziej już z rozbudzonej ciekawości. Tu i ówdzie z poplenerowych darów powstają galerie malarstwa i rzeźby. To dobrze, że plenerów jest coraz więcej.

 plastyk