Równouprawnienie kobiet a feministki

Czytelnik wydał zbiór tekstów feministycznych, przeważnie amerykańskich. Są wśród nich utwory mniej lub bardziej klasyczne, zasadnicze i przyczyn. Całość przypomina dobrze wyładowany pociąg towarowy z dwiema lokomotywami: na przedzie wstęp autorki wyboru. Latarnią końcową jest pytanie, dlaczego w Polsce nie było spontanicznego feminizmu. Tytuł zbioru jest pozornie absurdalny. Każdy rozróżni łatwo noworodki płci męskiej łub żeńskiej, sprawa jest trudniejsza. Słowa te mają takie znaczenie, że nikt nie rodzi się artystą, uczonym, kretynem lub geniuszem. Autorki opublikowanych tekstów pragną nam wpoić przekonanie, że człowiek staje się kobietą lub mężczyzną w toku przysposobienia kulturalnego. Ponieważ kultura feministyczna jest zdominowana przez mężczyzn, oni wyznaczają role społeczne kobietom, oni są ich twórcami. Kobiety są upośledzone wskutek działania tradycyjnych norm i wzorów kulturalnych. Tak przedstawiałaby się jedna z przewodnich myśli przepajająca dzieło. Nastawienie to odbiega - jak widać - od feminizmu krwiożerczego postulującego walkę płci. Mężczyźni siadają wprawdzie na ławie oskarżonych, ale nie grozi im wyrok ani długoletnie więzienie. Marga stwierdza, że płciowe zróżnicowanie charakterów jest wytworem społecznym. Można wszak wyobrazić sobie taką pedagogikę, która kształciłaby zniewieściałych mężczyzn i kobiety o męskim temperamencie. Wyznaczając role społeczne płciom możemy obrać trzy rozwiązania. Pierwsze, tradycyjne, polegałoby na znormalizowaniu osobowości kobiety i mężczyzny na zasadzie przeciwstawności i dopasowaniu do nich wszelkich instytucji. Taki system - stwierdza autorka - byłby przejrzysty, ale trwoniłby talenty kobiet i mężczyzny (przecież i wśród nich zdarzają się uzdolnienia rodzinne, domowe, kucharskie). Drugi system byłby zaprzeczeniem standaryzacji; dziewczynki i chłopcy byliby poddawani jednakowemu treningowi bez względu na różnice płci. Kobieta jeśli chce, nie musi rodzić; mężczyzna nie musi być silny i władczy. Takie zniesienie różnic płciowych wydaje się jednak zubożające, likwiduje ono pożądaną różnorodność w świecie. Ciekawą ilustracją tej problematyki był wyświetlany niedawno w TV film pt. Dwadzieścia lat później. Jego bohaterką była kobieta, która poświęciła się urodzeniu i wychowaniu dziesięciorga dzieci. Osiągnęła to drogą wielkich wyrzeczeń i rezygnacji z innych celów życiowych. Pewnego dnia reporter telewizji urządza spotkanie dawnych uczniów szkolnej klasy. Każdego z nich pyta przed kamerami o osiągnięcia, sukcesy. Gdy przychodzi kolej na bohaterkę opowiada ona po prostu, że jest matką Reporter wysłuchuje tego z pewnym zniecierpliwieniem i przechodzi szybko do innych pań, które zostały astronomami, pilotami samolotów i wybitnymi uczonymi. Jest rzeczą jasną, że rodzenie i wychowywanie dzieci nie mieści się w jego schemacie „osiągnięć". Optuje najwyraźniej za tezą, iż prawdziwym sukcesem kobiety jest zdobycie zawodu przypisanego dawniej mężczyznom. Będąc zwolennikiem równouprawnienia, opowiada się za odwróconym schematem. Trzecie wyjście, jakie proponuje Edyta jest takie, by zamiast hołdować dystynkcjom płciowym lub całkowicie je przekreślać, brać pod uwagę rzeczywiste uzdolnienia jednostek. Jeżeli uznajemy pisarstwo za zawód, który z równą perfekcją może uprawiać mężczyzna, co i kobieta kształt ciała przestaje hamować przed sięganiem po pióro, nikt nie obawia się o swą „kobiecość" czy „męskość", a liczba literatów - wśród których nie obowiązuje już zasada płciowej determinacji talentu - zaczyna się podwajać" - pisze . Edyta

 feministki, kobiety wyzwolone