Sukces dziewcząt w sporcie.

O tym, że sukces w sporcie ma właściwości magiczne, mało kogo trzeba przekonywać. Wystarczy wspomnieć różne sukcesy, które sprawiły, że tenis, sport niegdyś elitarny, popularnością zaczął zagrażać piłce nożnej. Tylko w sporcie kobiecym magia sukcesu okazuje się bezradna. Nawet fenomenalna pozostała właściwie bez echa i ciągle nie widać, by armia dziewcząt próbowała iść jej śladem. Wszystko zaczyna się bardzo wcześnie. Może nawet w przedszkolu, z pewnością zaś w szkole podstawowej, i, jak sądzę, wynika nie tylko ze specyfiki kulturalno-obyczajowej uprawiania przez dziewczęta czy kobiety sportu, ale także generalnie z powszechnego stosunku do rekreacji fizycznej. W deklaracjach wszyscy jesteśmy za sportem. Lubimy chwalić się osiągnięciami naszych sportowych gwiazd, przeżywamy euforycznie wzloty i upadki drużyny piłkarskiej. Wystarczy jednak spojrzeć na nasz model wychowawczy, by ujrzeć, że nie tylko nie przewiduje się w nim jakiejś eksponowanej roli dla wychowania fizycznego, ale wręcz pomija się je milczeniem. Ruchliwość dzieci jest starannie temperowana. Maluchom zaleca się siedzieć cicho, spokojnie. I w domu, i w przedszkolu - są to zalecenia wcale sensowne, bo łatwo nabić guza, gdy podskakuje się w kapciach na posadzce. Nie lepiej wiedzie się uczniom szkół podstawowych. W programie figuruje wprawdzie wf, ale nie jest ono radosnym i beztroskim odprężeniem. Lekcje są nudne - ćwiczenia często gęsto na szkolnym korytarzu, prowadzone z umiarem, żeby nie przeszkadzać tym, co uczą się w klasach. Praktyczna realizacja wychowania fizycznego w szkole dość skutecznie przetrzebia szeregi amatorów sportu. I jeśli wśród chłopców nie do końca, to tylko dzięki temu, ze wtedy, gdy zaczynają dojrzewać, model wychowawczy zmienia front. Sport i czynna rekreacja jawi się jako najlepsze panaceum na frustracje, kompleksy i trudności okresu dojrzewania. W odniesieniu do dziewcząt atmosfera pozostaje bez zmian. Bowiem tradycja i obyczaj narzucają dziewczętom rolę istot zbyt delikatnych, wrażliwych, by ich duszne niepokoje rozładowywać na boisku. Nie wypada - uważa wielu rodziców - by dziewczyna skakała, biegała. Lepiej niech idzie na spacer. Jeszcze lepiej - niech weźmie książkę i poczyta. Na przyszłość, jako przygotowanie do kariery czy wdrożenie do roli kobiety zdaje się to skuteczniejsze niż gry i zabawy sportowe. Niechętny stosunek do czynnego uprawiania sportu przez córki rodzice tłumaczą stwierdzeniem, że same dzieci niezbyt garną się do ćwiczeń fizycznych. Czy opinia taka ma pokrycie w rzeczywistości? O ile prawdą jest, że dziewczęta ze szkół średnich nie przepadają za sportem i lekcje wf traktują jak piąte koło u wozu, o tyle nieporozumieniem byłoby twierdzenie, że podobne zjawisko występuje już wśród kilkuletnich dziewcząt. Opinia nauczycieli przeczy powszechnym mniemaniom. Kiedy pani Alicja - dziś wicedyrektorka podstawowej szkoły sportowej - uczyła wf w szkole średniej, nieraz spotkała się z niechęcią dziewcząt do sportu. Bywało, że lekcję prowadziła zaledwie z kilkoma uczennicami. Pozostałe legitymowały się usprawiedliwieniem w dzienniczku: jedne czuły się niedysponowane kilka razy w miesiącu.